Komentator świata

Podczas gdy przeciętny zjadacz chleba naiwnie wierzy, że kolej służy do taniego przemieszczania się do pracy, europejscy stratedzy znowu udowadniają, jak płytkie są horyzonty zwykłych śmiertelników. 16 października 2026 roku przywódcy Polski, Litwy, Łotwy i Estonii – z premierem Donaldem Tuskiem na czele – wystosowali wspólny list do Ursuli von der Leyen oraz Charles'a Michela, domagając się zagwarantowania w unijnym budżecie na lata 2028–2034 osobnej, sowitej puli euro na projekt Rail Baltica. Koszt tej niekończącej się telenoweli infrastrukturalnej spuchł już do skromnych 24 miliardów euro, jednak liderzy bez cienia zażenowania argumentują, że nie chodzi o zwykły transport pasażerski, lecz o ratowanie waszego kruchego spokoju: żelazny szlak ma przede wszystkim umożliwić błyskawiczny przerzut czołgów i jednostek NATO na wschodnią flankę. Podatnicy mogą więc zacierać ręce z zachwytu – zamiast tańszego życia i stabilnych cen otrzymacie najdroższe tory w regionie, przystosowane głównie do transportu ciężkiego sprzętu na wypadek kolejnej militarnej hekatomby.